Olga, 43 lata, manager

Witam! Moja historia nie jest niczym wyjątkowym, choć na początku walki z chorobą alkoholową zawzięcie walczyłam o wyjątkowość i specyfikę MOJEGO uzależnienia. Naturalnie byłam w błędzie, choć uświadomienie sobie tego wymagało wysiłku i nie lada cierpliwości.

Obecnie pracuję w kontrolingu finansowym, zajmuję stanowisko kierownicze w korporacji. W szkole podstawowej i w liceum uczyłam się pilnie, nigdy rodzice nie mieli ze mną poważniejszych problemów. Częstszy kontakt z alkoholem zaczął się na studiach, ale do zdobycia dyplomu piłam jedynie towarzysko. Jednak już pod koniec studiów zaczęłam zauważać, że już wyrobiłam sobie tzw. „mocną głowę”.

Pracę w zawodzie znalazłam dość szybko. Mając perspektywę awansu i większych gratyfikacji finansowych, zaczęłam pracować po 12-14 godzin na dobę. Stopniowo ograniczałam kontakty z innymi ludźmi. Głównymi znajomymi stali się koledzy z pracy. Nowe wyzwania wiązały się z dodatkowym stresem, więc chcąc poczuć ulgę, choć na chwilę, zaczęłam wypijać wieczorem po pracy lampkę wina. Błogostan następował szybko. Dobre samopoczucie, rozluźnienie i szybsze zaśnięcie zaczęły się stawać stałym celem, do którego dążyłam każdego wieczora. W związku z tym, że picie wina było niezwykle skutecznym sposobem na relaks (bo szybkim), zaczęłam pić codziennie. Początkowo wystarczała mi lampka, z czasem jednak musiałam zapewnić sobie butelkę na wieczór. Uspokajała mnie myśl „przecież to tylko wino i do tego świetnej jakości”.

Już wtedy zaczęłam zauważać, że rano wyglądam gorzej, mam opuchniętą twarz, gorszą cerę oraz podkrążone oczy. Zaczęłam chodzić częściej do fryzjera, kosmetyczki, kupowałam nowe ubrania, żeby zamaskować niedoskonałości. Fakt mniejszej wydajności w pracy tłumaczyłam sobie zbyt wieloma obowiązkami. Fascynacja rozwojem i ciekawość nowymi zadaniami stopniowo zaczęły zanikać w ich miejsce coraz częściej zaczęły się pojawiać frustracja i napięcie. Z czasem oprócz wina, wieczorem zaczęłam pić drinki. Poranki stawały się coraz gorsze, zaczęłam spóźniać się do pracy, a nawet brać zwolnienie.

Nie zauważałam stopniowo narastających szkód do momentu, aż poddano mnie kontroli alkomatem w drodze do pracy. Pamiętam to przerażenie w oczekiwaniu na wynik i ogromną ulgę na widok zer. Od tamtej pory obiecałam sobie, że nie będę pić, ponieważ po co tak się narażać. Abstynencję utrzymałam miesiąc. Po tym czasie jednak uświadomiłam sobie, że przecież nie mam problemu, bo „kiedy chcę to nie piję”! W trakcie kilku następnych miesięcy spowodowałam kolizję będąc pod wpływem alkoholu. Skutek – odebranie prawa jazdy na trzy lata. Po tym wydarzeniu zgłosiłam się na terapię, na początku 6 tygodni całodobowo. Tam zregenerowałam się fizycznie. Potem leczyłam się ambulatoryjnie przez dwa lata.

Muszę przyznać, że to była rewolucja w moim myśleniu. Terapia odmieniła mój sposób patrzenia na siebie i na świat. W chorobie byłam roszczeniowa, bierna, nic mnie nie cieszyło. Teraz odzyskałam umiejętność czerpania przyjemności z życia codziennego. Jeszcze pojawiają się momenty tęsknoty za stanem po wypiciu, ale potrafię sobie już z nimi radzić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *